Najnowsze Wpisy

ducooz Komentarze (0)
18. kwietnia 2009 11:01:00
linkologia.pl spis.pl

TO CHYBA NAJDŁUŻSZA NOTKA JAKĄ OPUBLIKOWAŁAM NA TYM BLOGU. A CO DO BLOGÓW, TO ZAŁOŻYŁAM KOLEJNEGO (HMMM...JUŻ CHYBA 7 Z CZEGO TYLKO 1 NARAZIE PROWADZĘ), NA WSTĘPIE PISZĘ, ŻE TEN BĘDĘ PROWADZIĆ W DALSZYM CIĄGU, A TEN NOWY JEST NIEPEWNY I ZOBACZĘ CO Z NIEGO WYJDZIE. jAKBY CO TO JEST W LINKACH. TAK WOGÓLE TO DZIĘKI ZA KOMENTZRZE I POZDRO. A TERAZ NOTKA!

- Tato! – krzyknął zdyszany Alex wchodząc do domu. Za nim ledwo łapiąc kolejny oddech wszedł David. Nie zwracali uwagi na to, że zostawiają po sobie mokre ślady. Najważniejsza była teraz jasnowłosa dziewczyna będąca bez ducha w ramionach młodego Morlena. Brunet nie czekając na ojca wbiegł po schodach na piętro. Bez pukania wszedł do jego gabinetu.

- Tato musisz mi... – umilkł na chwilę. Zamiast mężczyzny po czterdziestce za biurkiem, na zabytkowym krześle siedziała siedmioletnia dziewczynka bawiąca się lalkami – Kari, gdzie tato?

Dziewczynka spojrzała przestraszona na brata. Ciemny kosmyk zasłonił jej oczy.

- Alex nie powie dla taty, że tu się bawiłam? – zrobiła zakłopotaną minę.

- Nie Kari, nie powiem. Ale ty mi powiedz, gdzie on jest – spojrzał na nią ciepło. Dodając jej otuchy. Wiedział jak bardzo jego mała siostrzyczka bała się, gdy ojciec miał wezwania. Zawsze przychodziła do jego gabinetu, gdzie czuła się bezpieczna. W pewnym sensie czuła jego obecność. W końcu spędza tu dużo czasu. Jednak mężczyzna bał się zostawiać siedmiolatkę w pomieszczeniu pełnym różnych leków i ostrych przedmiotów. Gniewał się na córkę. Bał się, że coś może coś sobie zrobi. Dlatego tak jej zależało, by ojciec nic nie wiedział. Dziewczynka miała, co prawda opiekunkę, jednak była na tyle sprytna, że bez większych problemów udawało jej się uciekać.

- Taty nie ma. Jakaś pani spadła z konia – powiedziała cicho. Dopiero teraz spojrzała, że Alex nie jest sam. Za nim stał jego wierny przyjaciel. Była też dziewczyna. Gdy tylko zauważyła krew oczy jej się zaszkliły – Ona nie żyje? David! Ona nie żyje? – mała zrobiła płaczliwą minę. Była bardzo wrażliwa na krzywdę ludzką.

- Spokojnie Kari, ona żyje. Nic jej nie będzie. A teraz pobaw się tu lalkami, ale pamiętaj gdy tylko usłyszysz kroki, chowaj się. Tacie to się nie podoba – powiedział robiąc śmieszną minę.

Dziewczynka uśmiechnęła się i wróciła do wcześniejszego zajęcia. Chłopcy wyszli z gabinetu.

- I co teraz? – zapytał zmartwiony blondyn.

- Sami się nią zajmiemy – odpowiedział Morlen – Mógłbyś otworzyć mi drzwi? – spojrzał wyczekująco na przyjaciela.

- A tak - przekręcił klamkę, robiąc niewyraźną minę - Jak to sami? Ja nie wiem jak – On i pomoc? To zawsze jemu pomagano.

Brunet nie odezwał się, ułożył dziewczynę na łóżku.

- Poczekaj, zaraz wrócę – krzyknął i wybiegł z pokoju.

David chciał zaprotestować, ale przyjaciel zniknął za drzwiami. Spojrzał na Wendy. Była nienaturalnie blada. Mokre włosy przylegały do jej twarzy. Całe ubranie było przemoczone. Z rany nad skronią wciąż sączyła się krew. Usiadł na skraju łóżka i dotknął jej dłoni. Były zimne. Podobnie jak czoło. Jej organizm był wyziębiony.

Alex wpadł do pokoju jak burza, trzaskając przy tym drzwiami, przez co blondyn mało co nie spadł z łóżka.

- No dobra zaczynamy – wysapał brunet. Był wdzięczny ojcu, że jak był mały to zabierał go na wezwania. Miał teraz doświadczenie i wiedział co ma robić. Przekręcił głowę blondynki lekko na bok. Odgarną mokre kosmyki i przyjrzał się ranie. Nie była duża, ale za ciekawie też nie wyglądała – Prawdopodobnie będzie miała bliznę – stwierdził robiąc z wody utlenionej użytek.

- Dlaczego ci idioci przyczepili się właśnie jej. To już jest przegięcie. Czterech na jedną? – zdenerwował się blondyn.

- Skąd pewność, że to oni? Może się poślizgnęła.

- Sam w to nie wierzysz.

- No fakt. Pomóż mi – Podczas gdy David podtrzymywał głowę panny McGardness, Alex delikatnie zabandażowywał ranę. W efekcie dziewczyna miała białą opaskę wokół głowy. - Skończone. Teraz pomóż mi ją przebrać – odłożył resztę bandaży do apteczki.

- Co? Jak się dowie, to nas zabije! Ja w to nie wchodzę – zaśmiał się.

- Jakoś to przeżyjemy – uśmiechnął się lekko do przyjaciela.

- Będzie wściekła. A ja widziałem ją w akcji. Nie chce być jej kolejną ofiarą! – Ciemno brązowe oczy Alexa przybrały barwę płynnego złota. David westchnął – No dobra. Ale pamiętaj, to był twój pomysł.

Chłopcy zdjęli z dziewczyny mokrą odzież pomijając bieliznę. Musieli przyznać, że ma dziewczyna figurę. Przez chwilę patrzyli na prawie nagą koleżankę. Nie mogli oderwać od niej wzroku. Trwali by tak jeszcze chwilę, lecz z transu wyrwał ich odgłos kroków na schodach. Ledwo ubrali ją w jedną z koszulek młodego Morlena, gdy do pokoju wszedł ojciec chłopaka.

- Alex, Kari mi mówiła...To ta dziewczyna? Wyjdźcie zbadam ją – piętnastolatkowie posłusznie wykonali polecenie pana Morlena. Usiedli na schodach i czekali. David śmiesznie przekręcił głowę.

- Słuchaj, a może zadzwonimy po Dianę i Margareth?

- Dlaczego nie. Wiesz, gdzie jest telefon?

- Stary, u mnie w domu nie mam takiej orientacji jak tu – zaśmiał się i po chwili już go nie było.

Z pokoju wyszedł pan Morlen – miejski lekarz. Z jego twarzy nie można było nic wyczytać. Jak zawsze był spokojny. Podszedł do syna i poklepał go po ramieniu.

- Dobra robota.

- Co z nią? – chłopak spojrzał wyczekująco na ojca. Mężczyzna lekko się uśmiechnął. Czyżby jego synowi wpadła w oko ta dziewczyna?

- Wyliże się z tego. Możliwe, że ma lekki wstrząs mózgu. Rana nie jest głęboka, powinna się ładnie zagoić. Jest wyziębiona, jednak ciepła pierzyna powinna załatwić temat. Chciałbym ją zatrzymać na obserwację, na kilka dni. Przeniósłbyś ją na salę?

- Niech na razie zostanie u mnie. Jak się obudzi zawołam cię – mężczyzna tylko przytaknął głową i odszedł. Zapomniał zapytać syna jak nazywa się ta młoda dama. Wypadałoby powiadomić o jej obecności tutaj jej rodziców.

Alex usiadł na skraju łóżka i wpatrywał się w nieprzytomną dziewczynę. Zastanawiał się, czy gdyby jej tak nie potraktowali, sprawy nie potoczyły by się inaczej. Po części czuł się winny. Zapewne jak i jego przyjaciele. Spostrzegł, że ojciec otulił ją szczelnie kołdrą. Odgarnął jej z czoła mokre włosy. Wyglądała na pogrążoną w głębokim śnie. Była taka spokojna. Jedynie jej sine usta i bandaż otaczający jej głowę zaprzeczały temu.

Drzwi otworzyły się z impetem. Staną w nich David i dwie dziewczyny. Obydwie patrzały pytająco na blondyna, ten tylko wprowadził je do pokoju i zamknął za nimi drzwi.

- Po co nas wzywałeś – zapytała zniecierpliwiona Margareth, nie dostrzegając drobnej osóbki leżącej na łóżku – Specjalnie urwałam się z przyjęcia, by tu przyjść – wskazała na swoją sukienkę.

- O Boże – jęknęła Diana. Podbiegła do łóżka i spojrzała przerażona na Alexa – Co się stało?

- Jest w szkole od dwóch dni i już zdążyła wskoczyć ci do łóżka? – zaśmiała się rudowłosa. Reszta spiorunowała ją wzrokiem – Dobra, żartowałam.

- Prawdopodobnie banda Toma ją dorwała.

- Gdyby z nimi nie zadzierała, nie doszłoby do tego – Margareth zdjęła szpilki i zaczęła masować sobie stopy – Kto wymyślił takie buty. Nogi mi zaraz odpadną.

- Myślisz tylko o sobie – David spojrzał z odrazą na dziewczynę.

- Mówię co myślę!

- Tak?

- Tak!

- Przestańcie to do niczego nie prowadzi! – krzyknęła brunetka, jednak spór trwał dalej.

- Tak?

- Tak!

- Tak?

- Tak!!!– Oczy Davida przybrały wściekle niebieski odcień. Dziewczyna zmrużyła niebezpiecznie oczy, które także zaczęły zmieniać barwę.

- To wszystko przeze mnie – krzyknęła Diana. Słona łza spłynęła jej po policzku. Mar i David zaprzestali kłótni i głupkowato wpatrywali się w przyjaciółkę.

Alex wstał z łóżka i podszedł do dziewczyny.

- Spokojnie, to nie twoja wina - objął ją ramieniem i wskazał na łóżko. Dziewczyna usiadła na skraju i zupełnie się rozkleiła.

- Dianuś, my nie chcieliśmy – zaczęła rudowłosa.

- Wy nic nie rozumiecie. Ona – tu spojrzała na Wendy – uratowała mnie dziś przed bandą Toma. Gdyby się nie wtrącała, nic by się nie stało.

- O czym ty mówisz? – zdziwił się David.

- Przed lekcją w-fu Tom i jego banda zaczepiła mnie. Kamil zaczął mi grozić. Kazał mi się odczepić od Wendy. W innym przypadku pożałuje. Postawiłam mu się. Uderzył mnie...

- Popapraniec! – krzyknął blondyn zaciskając pięści.

- Co było dalej?

- Wtedy Wendy wkroczyła do akcji. Stanęła za nim i powiedziała, żeby się ode mnie odwalił. A kiedy się odwrócił przywaliła mu w nos – zaśmiała się przez łzy, przypominając sobie minę chłopaka - Kamil popchnął ją, tak że upadła na ziemię. Chciał ją kopnąć, jednak przeturlała się na bok, wstała i zaczęła uciekać. Dalej nie wiem co się stało. Zniknęła za krzakami. Przyszła potem z Rubik.

- Nie wiedziałam – szepnęła ze skruchą Mar – Przepraszam.

- Wiemy już co było powodem jej porannej ucieczki – powiedział zamyślony Alex – Nie martw się Diano, to i tak by się stało. Nie zależnie od dzisiejszego zdarzenia.

- Nieprawda...to...przeze...

- Przestań. Nie mówiłem wam, ale spotkałem ją już wcześniej. Uciekała wtedy przed Kamilem, wywaliła się centralnie przede mną. Oni się otwarcie nienawidzą. Poza tym przywaliła Tomowi już dwukrotnie, Kamilowi też pewnie zaszła za skórę. Chcieli się odegrać na niej, to pewne. To niczyja wina – brunet usiadł naprzeciwko łóżka. Diana utarła łzy i spojrzała na blondynkę.

- Dlaczego ona się nie budzi?

- Porządnie oberwała w głowę. To może potrwać.

Davida przeszedł dreszcz. Dopiero teraz przypomniał sobie, że ma na sobie wciąż przemoczone ubranie. Był tak zajęty, że całkowicie o tym zapomniał.

- Alex pożycz mi jakieś suche ciuchy! – chłopak bez większego zainteresowania podszedł do szafy i wyjął z niej jakieś ubrania. - Dziewczyny, zaraz wracamy – powiedział i obaj zniknęłi za drzwiami.

- Niesprawiedliwie ją potraktowałyśmy – niespodziewanie odezwała się rudowłosa – Źle się z tym czuje.

- Brawo. Tylko trochę późno sobie to uświadomiłaś – prychnęła brunetka.

- Przestań. Coś mi w niej nie pasowało. Teraz w sumie też. Czuje się przy niej dziwnie. Ona jest jakaś dziwna. I te jej oczy. Nikt nie ma takich oczu.

- Kiedy indziej pobawimy się w detektywów. Ja musze spadać. Matka mnie zabije.

- Która godzina?

- Pięć po piątej – padła odpowiedź.

- O fuck! Już po mnie. Miałam iść tylko na pięć minut do toalety – krzyknęła rudowłosa i wybiegła z pokoju. Ledwo otworzyła drzwi, a już leżała na Davidzie. Stykali się teraz prawie nosami. Przez chwilę trwali tak i wpatrywali w głębie swoich oczu, lecz do rzeczywistości przywróciła ich Diana.

- Margareth, wydawało mi się, że się śpieszyłaś.

- Sorry – wyszeptała wstając pośpiesznie z chłopaka.

- Nie ma sprawy. Zawsze służę pomocą – zaśmiał się, co spowodowało rumieńce u rudowłosej.

- My spadamy. Zadzwońcie, jak się obudzi – krzyknęła Diana ciągnąc za sobą lekko otumanioną pannę Daniels.

- Stary, ja też muszę lecieć. Dzięki za ubrania. Do poniedziałku. Jak coś dzwoń!

Przez chwilę brunet patrzał na przyjaciół. Pokręcił głową i wrócił do swojego pokoju. Usiadł na skraju łóżka. Dotknął dłoni blondynki. Była już zdecydowanie cieplejsza. Dopiero teraz zobaczył fioletowgo siniaka ciągnącego się od łokcia do dłoni. Mruknął coś pod nosem. Wyjął z apteczki bandaż i altacet. Zrobił dla blondynki okład i obwiązał rękę bandażem. Podszedł do biurka. Siłą woli sprawił, że plecak leżący pod przeciwną ścianą znalazł się na jego kolanach. Wyjął książki i zabrał się za odrabianie lekcji.

Minęło kilka godzin zanim Wendy zaczęła się budzić. Nie była w stanie otworzyć oczu. Strasznie bolała ją głowa. Dodatkowo było jej gorąco. Poczuła, że coś miękkiego ją okrywa. Nie pamiętała co się stało. Gdzie jest.

- Moja głowa – jęknęła w końcu.

- Jak się czujesz – usłyszała znajomy głos, jednak nie pamiętała do kogo może należeć. Z pewnością do jakiegoś chłopaka, tylko jakiego?

- Gdzie ja jestem?

- U mnie w domu – padła odpowiedź.

- U ciebie to znaczy, u kogo? – mruknęła otwierając ociężałe powieki.

- U mnie.

- A...Alex? – zdziwiła się widząc uśmiechniętego bruneta za biurkiem, naprzeciw niej.

- Jak się czujesz? – zapytał. W jego głosie można było wyczuć troskę.

- Nie chciałbyś wiedzieć – jęknęła. Nie mogła złapać ostrości obrazu. Raz wszystko było wyraźne, w następnej chwili rozmyte. Po chwili to minęło.

- Przepraszamy, za to co powiedzieliśmy. Źle cię oceniliśmy. Wszyscy tu byli. Martwiliśmy się.

- Nie ma sprawy. Przyzwyczaiłam się.

- Jak to? – zdziwił się.

- Widzisz, często się przeprowadzamy. W każdej szkole, jest to samo. Wszyscy boją się Kamila, a on to wykorzystuje. Zawsze znajduje sobie bandę debili i mnie prześladuje – chłopak spojrzał na nią. W jego spojrzeniu było tyle współczucia. Odwróciła wzrok z stronę okna. Gdy tylko zobaczyła ciemne niebo, przestraszona krzyknęła – Która godzina?!

- Dwudziesta pierwsza.

- O nie!! Babka mnie zabije! – poderwała się z łóżka. Stanęła na podłodze, jednak gdyby nie błyskawiczna reakcja chłopaka runęłaby na ziemię. Ból głowy nasilił się do tego stopnia, że przez chwilę nic nie widziała. Syknęła z bólu. Otworzyła oczy, jednak świat wokół niej wirował. Poczuła jak Morlen układa ją na łóżku.

- Nie wstawaj – powiedział poważnie.

- Dlaczego mam na sobie tylko jakąś koszulę? – zmieniła temat.

- Wszystko miałaś mokre – odpowiedział brunet, starając się by jego głos brzmiał poważnie.

- Wnioskuje, po twoim tonie głosu, że to ty mnie przebierałeś, prawda? Chłopakowi mina zrzedła, jednak nic nie odpowiedział. - A jednak. Koleś, masz przerąbane – powiedziała poważnie. Wkurzyła się. Zrozumiałaby gdyby to był ktoś inny, ale nie on. Chłopak który tak dziwnie na nią działa i ciągle ją obserwuje.

- Idę po ojca, zaraz wracam.

Została sama. Rozejrzała się. Znajdowała się w dużym pokoju. Ściany miały granatową barwę. Dodatkowo zdobione były srebrnymi symbolami, które dziewczynie coś mówiły. Nie mogła tylko sobie przypomnieć co. Jedno ją zastanawiało, skąd wrażenie, że te symbole coś znaczą, przecież równie dobrze mogą to być tylko jakieś ścienne bohomazy. Nie mogła oderwać od nich wzroku. Miała wrażenie, że gdzieś już je widziała.

Do pomieszczenia wszedł pan Morlen. Uśmiechnął się serdecznie do dziewczyny i usiadł na krześle obok jej łóżka. Przypominała mu kogoś, tylko kogo?

- Jak się czujesz? – blondynka z początku spojrzała na niego nieufnie, jednak po chwili odpowiedziała.

- Czuje się tak, jak wyglądam.

- Czyli niezbyt dobrze. Chciałbym cię zatrzymać, u mnie na kilka dni. Na obserwacje.

- Mowy nie ma. I tak już mam kłopoty. Wole nie wiedzieć, jaką karę dostanę tym razem – skrzywiła się.

- Karę? Za co? – zdziwił się mężczyzna.

- Za łamanie ustalonych reguł.

- Za moich czasów dużo rodzin stosowało takie, hmmm rygorystyczne zasady, by kontrolować swoje dzieci, ale teraz? Nie martw się. Porozmawiam z twoimi rodzicami, wszystko im wyjaśnię.

- Bez urazy, ale wolałabym wrócić do domu. Czy mógłby mnie pan odwieść?

- Uparta jesteś. Niech ci będzie. Nie będę robił nic przeciw tobie. Jednak nie powinnaś przez jakiś czas wstawać. Alex pojedzie z tobą i ci pomoże.

- Dziękuję panu. - Wszystko pięknie, ładnie. A ja nie znam twojej godności – uśmiechnął się do niej ciepło.

- Wendy McGardness – odpowiedziała.

- McGardness?

- Tak McGardness – potwierdziła.

Pan Morlen zrobił zaskoczoną minę.

- Henry w Darkvill? A jednak wrócił – szepnął pod nosem.

- Przepraszam, pan zna mojego ojca?

- Oczywiście, byliśmy przyjaciółmi. Potem wyjechał i na tym skończyła się nasza znajomość – mówił pospiesznie – Alex pomoże ci wrócić do domu. Do zobaczenia. Blondynka przez chwilę patrzyła na drzwi w których zniknął mężczyzna. Nie rozumiała jego reakcji. W ogóle nie rozumiała reakcji ludzi na swoje nazwisko. Coś się za tym kryło. Może jakaś tajemnica. W każdym razie musiała to rozpracować.

Do pokoju wszedł brunet. Stanął naprzeciwko łóżka i się uśmiechną.

- Z czego radość? – zmarszczyła brwi i przyjrzała mu się uważnie. Coś kombinował.

- Mam cię odstawić do domu. Problem w tym, że twoje ubrania są mokre. I co ja mam z tobą zrobić? – założył ręce i zrobił zamyśloną minę.

- Daj mi moje mokre lub pożycz mi swoje – powiedziała szybko. Zależało jej na czasie. Z zamku pewnie już się niepokoją.

- To pierwsze odpada...a co do drugiej propozycji – parsknął śmiechem i zaczął się śmiać. Widząc zabójcze spojrzenie dziewczyny opanował się – No dobra, niech ci będzie. Szkoda, że nie mam aparatu – uśmiechnął się sprytnie.

- Tylko byś spróbował. Chłopak podszedł do szafy i wyjął z niej jeansowe spodnie i najkrótszą bluzę jaką miał na wyposażeniu. Podał ja dziewczynie.

- Pomóc ci się ubrać czy dasz sobie radę sama? – zapytał spokojnie. Ledwo się powstrzymywał od śmiechu, dziewczyna zrobiła taką minę.

- Sama sobie poradzę. Mógłbyś wyjść? – spojrzała na niego znacząco.

Młody Morlen posłusznie wyszedł z pomieszczenia, zostawiając blondynkę samą.

- Jakby co krzycz! – zamknął za sobą drzwi.

Wendy wolno podniosła się na łokciach do pozycji siedzącej. Nie powiedziałaby, że było to takie proste. Każdy gwałtowniejszy ruch sprawiał, że ból głowy się nasilał. Wyciągnęła rękę i wzięła spodnie. Nie wstając z posłania naciągnęła je na siebie. Parsknęła, widząc jak spodnie dziwnie na niej leżały. Były za szerokie, a do tego nogawki były o wiele za długie. Nogawki postanowiła podtoczyć na koniec. Teraz czekało ją trudniejsze zadanie. Bluza. Powoli usiadła. W głowie jej się kręciło, jednak wytrwale dążyła do celu. Kiedy w końcu jej się udało, podniosła prawą rękę i spojrzała na zwisający rękaw bluzy. Ryknęła śmiechem, co spowodowało tylko dodatkowy ból. Opadła na posłanie, trzymając się za głowę.

- Już? – Alex stanął w drzwiach. Jego pierwszą reakcją był śmiech. Dopiero po chwili dostrzegł grymas bólu na jej twarzy. Podbiegł do niej - Nie ruszaj się. Zaraz powinno przejść – spojrzał na nią swymi brązowymi oczami. Chciał jej pomóc, lecz nie wiedział jak. Przydałaby się Margareth. Jednak jej nie było - Spokojnie!

- Dlaczego mi pomagasz? – zapytała nagle. Przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. Zaskoczyła go tym pytaniem.

- Bo jesteś tu nowa...bo nasza paczka cię polubiła...bo masz charakterek...mam wymieniać dalej? – zapytał lekko się uśmiechając.

- Nie musisz.

- Mieszkasz w zamczysku McGardnessów?

- Tak – spojrzał na nią dziwnie, ale nie skomentował tego. Powiadano, że tam straszy. A sam zamek jest naszpikowany różnymi pułapkami. Pełno jest tam tajnych komnat i strzegących ich stworów.

- No to pora odwieść cię do domu – wziął ją na ręce i zaniósł do samochodu. Z początku protestowała, jednak w końcu dała za wygraną i oparła głowę na jego ramieniu. Nie widziała, uśmiechu na jego twarzy. Wsiedli do samochodu. Chłopak ułożył ją tak, że jej głowa znajdowała się na jego kolanach. Dziewczyna czuła się nieswojo, jednak nic nie powiedziała. Ledwo łapała kontakt z rzeczywistością. Była zmęczona. I do tego jeszcze te ciągłe zawroty głowy. Samochód ruszył. Kierowca wiedział gdzie jechać.

- Dlaczego to zrobiłaś? – odezwał się w końcu brunet.

- Zrobiłam co? – zdziwiła się. Spojrzała na niego półprzytomnie. Powieki strasznie jej ciążyły.

- Uratowałaś skórę Dianie, dziś w szkole.

- Lubię ją. Poza tym Kamil mnie denerwuje. Uważa się za kogoś lepszego, od innych. Lubi czuć swoją wyższość. A ja tylko sprowadzam go na ziemię. Sam jest nikim. Denerwuje mnie jak się nad kimś znęca.

- My też nie tolerujemy tego.

- To dlaczego nie reagujecie?

- Zrozum, razem oni są silniejsi. Poza tobą jeszcze nikt Tomowi i jego bandzie nie podskoczył. I właśnie mamy tego skutki – wskazał na bandaż na jej głowie - Zaczepisz jednego, zemszczą się wszyscy.

- Boicie się?

- Wszyscy się ich boją i schodzą im z drogi.

- Ja nie.

- Powinnaś, dla własnego dobra ustąpić.

- Nigdy. Zbyt długo ustępowałam Kamilowi. Nie popełnię tego błędu już nigdy więcej. Wiem do czego zmierza. Nie dam mu tej satysfakcji – przymknęła powieki. Mówiła coraz ciszej.

- Dlaczego się tak nienawidzicie? – zapytał chłopak. Nie spotkał jeszcze nigdy rodzeństwa, które by się do tego stopnia nienawidziło. Czekał na odpowiedz, jednak jej się nie doczekał. Dziewczyna albo nie chciała odpowiedzieć, albo po prostu wpadła w objęcia Morfeusza.

Dochodziła dziesiąta, gdy czarne BMW zajechało pod zamek McGardnessów. Kierowca wyszedł i jak mu przystało otworzył drzwi samochodu, z którego wyszedł wysoki brunet niosący na rękach drobną dziewczynę. Wszedł po schodach, staną przed drzwiami wejściowymi. Musiał przyznać, że zamek nocą prezentuje się strasznie. Każdy cień wydawał się mieć oczy. Nie wiedział, jak można żyć w takim miejscu. Chwycił kołatkę i uderzył nią trzykrotnie. Niemal natychmiast drzwi się otworzyły i staną w nich zdenerwowany starszy mężczyzna.

- Wendy – szepnął widząc dziewczynę w ramionach młodego Morlena.

- Dobry wieczór – przywitał się grzecznie brunet.

- Dobry Boże, co się stało? – zapytał zapraszając niespodziewanego gościa do środka. Chłopak nawet nie zauważył kiedy na holu znalazł się ojciec dziewczyny i jego matka.

- Po szkole Kamil z kolegami zrobili na nią nagonkę...

- Wiedziałam, że ten chłopak jest niewychowany, nieobliczalny, ale żeby własną siostrę krzywdzić. To skandal. Jeszcze nikt w naszej rodzinie, tak haniebnie się nie zachował. Ten chłopak nie jest godzien naszego nazwiska – Alex nieświadomy obecności pani McGardness, aż podskoczył słysząc jej surowy głos. Słynęła w całym Darkvill ze swojej stanowczości i surowości.

- Spokojnie, to na pewno jakaś pomyłka, przecież Kamil... – Henry stanął w obronie syna, jednak nie dane mu było dokończyć.

- Dziś w szkole mało jej nie pobił – wtrąciła się kobieta.

- ...nigdy by czegoś takiego nie zrobił... Co?

- Profesor Rubik do mnie dzwoniła i powiadomiła mnie o dzisiejszym zajściu. Kamil przez tydzień po lekcjach ma pomagać woźnej w sprzątaniu szkoły. Widocznie to za mało.

- Nie ominie go kara – mężczyzna zrobił poważną minę. Podszedł do chłopaka i wziął od niego córkę – Dziękuję młody człowieku – powiedział do młodzieńca i odszedł.

Alucard szepnął kilka słów dla bruneta. Ten skinął głową, odwrócił się i wyszedł. Zanim wszedł do samochodu ostatni raz spojrzał na zamczysko.

Wyrocznia (19:56)

12 których uwierzyło, że magia istnieje


24 lipca 2006
19. Odwet

PATRZE CORAZ MNIEJ OSÓB WPADA NA MOJEGO BLOGA, NIE MÓWIĄC JUŻ O KOMENTARZACH - AŻ TAKI JEST DENNY??

Pozostałe lekcje minęły szybko. Wendy właśnie szła w kierunku wyjścia z zamku. Zastanawiała się o co może chodzić. Po co ma się udać pod dąb? Czy to coś ważnego? A może chcą jej zrobić jakiś głupi żart? Tego się niestety dowiedzieć nie miała.

Zamyślona nie zauważyła, że od dłuższego czasu idzie za nią Tom i jego banda. Dopiero gdy usłyszała za sobą przesłodzony dziewczęcy głos zareagowała.

- No, no, no. Kogo moje śliczne oczęta widzą. Topielica we własnej osobie. Do tego sama - momentalnie się odwróciła. No tak, mogła się tego spodziewać.

- Nie gadam z palantami i lalkami barbie – powiedziała się i poszła dalej. Liz – bo tak się nazywała dziewczyna Toma, która właśnie mu towarzyszyła – zacisnęła dłonie w pięści, wyprowadzona z równowagi usłyszaną odpowiedzią.

- A kto tu mówi o rozmowie – powiedziała, śmiejąc się wrednie – Chłopcy!

- Nie mam czasu! – krzyknęła i dała nogę. Jednak ja to bywa, prześladowcy nie zamierzali jej odpuścić. Dziś mieli plan do zrealizowania i nie zamierzali się poddać. Zemsta jest słodka.

      Diana i chłopcy stali pod dębem. Czekali na młodą pannę McGardness już z dziesięć minut, jednak ta wciąż nie wychodziła z budynku. Słońce skryło się za ciężkimi chmurami. Po chwili zaczął padać ulewny deszcz.

- Ona najzwyczajniej nas olewa – David powoli zaczął się denerwować długą nieobecnością blondynki.

Krople deszczu przedzierały się przez gęste liście i kapały na nich.

- Może coś się stało? – zapytała brunetka zakładając na głowę kaptur.

- Pięć minut i idziemy – nie skończył mówić gdy z budynku wybiegła Wendy. Ślizgając się, zbiegła po schodach. Nie była sama. Jak zwykle goniła ją trójka trzecioklasistów, tym razem także czarnowłosa drugoklasistka, którą Alex znał aż za dobrze. Blondynka przebiegła koło dębu i wybiegła poza posiadłość szkoły. Nie zauważyła trzech osób stojących pod drzewem. Deszcz ograniczał jej widoczność. Po chwili była cała przemoczona. Czuła jak mokre ubranie przylega do jej ciała. Gdyby tego było mało kurtkę zostawiła w szatni. Za sobą wciąż słyszała szybkie kroki.

- Ja rozumiem, że chcecie mnie odprowadzić do domu, ale nie trudźcie się! Sama trafię!

- No wiesz, takie dziewczyny, nie powinny same chodzić po ulicach. Szczególnie w taką pogodę!

- Rob, weś mnie nie dobijaj! Gdy rozdawali rozum, ty chyba stałeś w kolejce po wzrost!

- W przeciwieństwie do ciebie hobbicie, w szkole budzę respekt – krzyczał chłopak nie zwalniając tempa.

- A przeciwieństwie do ciebie, ja mam mózg! – odgryzła się. Spojrzała za siebie. Coś jej nie pasowało. Gdzie jest Tom?

- Hej barbie, gdzie zgubiłaś chłopaka?

- A co cię to?!

- No wiesz, ja rozumiem biegać w kolcach, ale w takich szpilkach tak zasuwać?! Jakbyś połamała swoje koślawe nogi, miałby cię kto nosić!

- Zamknij mordę!

- Mordę to masz ty. Koń z profilu wygląda lepiej! – wysapała Wendy. Powoli zaczęło brakować jej tchu. Mięśnie zaczęły protestować. Przebiegli już dobry kilometr. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i wybiegną na obrzeża miasta.

- Przegięłaś! – warknęła czarnowłosa.

Nagle z krzaków przed blondynką wyskoczył Tom. Uśmiechnął się tryumfująco i popchnął ją z całej siły. Dziewczyna była tak zaskoczona, że nie zdążyła zareagować. Uderzyła głową o latarnie, na którą wpadła i bezwładnie osunęła się na ziemię. Zanim straciła przytomność usłyszała tylko:

- Kolorowych snów siostra. Wiejemy!

    David przez chwilę patrzał w bramę za którą zniknęła dziewczyna. Już wiedział dlaczego jej tak długo nie było. I nie chciał wiedzieć, co jej zrobią jak ją dorwą. Wierzył, że po raz kolejny pokaże im na co ją stać. Jednak czterech na jednego? Niezbyt uczciwa rywalizacja. Było mu jej szkoda. Była nowa, a już musiała walczyć o swoje z gangiem Toma. Do tego nie miała łatwego życia z Kamilem.

- Biegniemy za nią? – zapytała niepewnie Skarlet.

- Da sobie radę. Nie raz już im przywaliła – blondyn uśmiechnął się, pewny swoich słów.

- Dobra, chodźmy. Po drodze może gdzieś ich spotkamy – Alex spojrzał na bramę. Miał złe przeczucia. A te nigdy go nie myliły. Zawsze zwiastowały coś niedobrego. Tak było i tym razem.

- W taki deszcz? Zaraz, zadzwonię po Jana.

- David z cukru chyba nie jesteś. Nie w taką pogodę się wracało.

- No, dobra idziemy – założył kaptur i szybkim krokiem ruszył za przyjaciółmi.

Zaledwie Diana zniknęła za drzwiami swojego domu, a deszcz całkowicie ustał, pozostawiając po sobie jedynie kałuże. Niebo było pokryte pierzastymi chmurami, przez które nieśmiało przebijały się promienie słoneczne.

David zacierał skostniałe dłonie. Był cały przemoczony. Wiedział, że to był głupi pomysł. Mogli poczekać, ewentualnie zadzwonić po szofera. Ale nie, musieli się przejść.

- Więcej się na takie przechadzki po deszczu nie pisze – powiedział blondyn z wyrzutem.

- Nic ci nie będzie. Przecież ty lubisz wodę, pod każdą postacią.

- Tak, ale nie połączoną z wiatrem. Zaraz zamarznę – zmarszczył niebezpiecznie brwi.

- Ja jakoś żyję.

- Alex, nie wiem jak ja z tobą wytrzymałem te dziesięć lat...pamiętasz nasz ostatni wypad na Kryształowe Jezioro i jego skutki...jeszcze trochę a wąchałbym kwiatki...Alex czy ty mnie w ogóle słuchasz...Alex?

Brunet gwałtownie się zatrzymał. Z niedowierzaniem wpatrywał się przed siebie. Zamrugał nie wierząc własnym oczom, jednak to tylko utwierdziło go w przekonaniu, że to nie zwidy. Zaczął biec, zatrzymał się dopiero przed jedną z latarni. Uklęknął i pochylił się nad nieprzytomną dziewczyną.

- Co jest? – zapytał David kiedy dogonił przyjaciela – Wendy!

Morlen delikatnie obrócił głowę dziewczyny. Nad skronią miała ranę. Nie wyglądała na poważną, jednak krew sączyła się z niej obficie. Chłopak dotknął do jej czoła. Było zimne. Za zimne. Delikatnie wziął ją na ręce.

- Musimy zabrać ją do mojego ojca!

Wyrocznia (10:18)
15 których uwierzyło, że magia istnieje

18 lipca 2006
18. Pomocna dłoń

Wendy biegła do szkoły, nie zważając na ciekawe spojrzenia ludzi, których mijała. Była już spóźniona. Wiedziała, że nie zdąży już na pierwszą lekcje. Chciała przynajmniej zdążyć na w-f. W duchu przeklinała się za wyłączenie dzwoniącego budzika i dalszą drzemkę. Żeby tego było mało, wczoraj nie jadła obiadu ani kolacji, a dziś nie zdążyła wziąć ze sobą drugiego śniadania.

Niczym strzała wbiegła na teren szkoły. Koło boiska zauważyła dziewczęta z jej klasy. Podbiegła do nich i usiadła na ławeczkę, starając się ustabilizować oddech. Przymknęła powieki i wzięła głębszy oddech, nie zwracając uwagi na zdziwione spojrzenia koleżanek z klasy. Trwała by tak pewnie do końca przerwy, jednak usłyszała znajomy śmiech i krzyk. Momentalnie otworzyła oczy i rozejrzała się. Nieopodal niej pod wielkim dębem stał Tom i jego brygada. Kamil krzyczał coś do ... Diany. Nagle ją uderzył. Kilka dziewcząt pisnęło, ale nie zareagowało. Blondynka momentalnie znalazła się za bratem.

- Odwal się od niej – krzyknęła. Gdy tylko chłopak się odwrócił przywaliła mu z pięści. Zaskoczony chwycił się za krwawiący nos. Spojrzał na nią wściekły.

- Spierd**** – popchnął ją, tak że straciła równowagę i upadła za wznak. Chciał wykorzystać okazję i ją kopnąć. Jednak gdy brał zamach, przeturlała się w bok.

- Suka – krzyknął próbując powstrzymać krwotok z nosa.

- Psychopata – odkrzyknęła podnosząc się szybko z ziemi.

- Rob, bierzemy ją – powiedział Tom i zaczął biec w stronę dziewczyny.

- Chcielibyście – warknęła i zaczęła uciekać.

Diana stała przez chwilę, obserwując poczynania młodej McGardness. Nie mogła pojąć czemu jej pomogła. Skupiając całą uwagę na sobie dała jej szansę na ucieczkę. Gdy zobaczyła, jak upada coś w niej drgnęło. Ona i jej przyjaciele odwrócili się od niej, a ona właśnie jej uratowała skórę. Teraz już musiała z nią pogadać i przeprosić. Żałowała, że Margareth nie było dziś w szkole. Może i ona widząc tą akcję, przekonałaby się do niej.

        David, Alex jak i reszta męskiej części klasy korzystając z przerwy, siedzieli na ławce przy boisku do nogi i rozmawiali. Dzisiejszy w-f mieli podobnie jak dziewczyny na podwórku. Nie cieszyli się z tego zbytnio, w końcu było jeszcze zimno. Jednak cóż mogli zrobić. Przyjaciele usiedli nieco dalej.

- I jak twoja matka zareagowała na wybitą szybę?

David roześmiał się.

- Tygodniowy szlaban na telewizor.

- Co tak słabo?

- A czego się spodziewałeś?

- Dożywocia.

- Ha ha, bardzo śmieszne. Potrąciła mi tą szybę z kieszonkowego – powiedział żałośnie. Obrócił się plecami do bruneta udając oburzenie. Spojrzał przed siebie i zmarszczył brwi. Zza żywopłotu oddzielającego boiska od siebie wybiegła Wendy. Jak zawsze nie była sama. Gonili ją Tom i Rob. Po chwili dołączył do nich także Kamil w okrwawionej bluzie – Alex?

- Aha?

- Patrz tam – wskazał na biegnącą czwórkę.

- Wydawało mi się, że Wendy nie ma dziś w szkole - powidział na pozór obojętnie.

- Widocznie zaspała.

- Chyba powoli wysiada – Alex spojrzał uważnie na dziewczynę. Była zmęczona. Starała się utrzymać tempo, jednak nie dała rady. W końcu kiedy była już koło murów zamku zatrzymała się i uklękła na jedno kolano, próbując złapać oddech.

- O w mordę – krzyknął blondyn widząc jak banda Toma otacza blondynkę

- Musimy jej pomóc.

- Spokojnie – Alex położył dłoń na ramieniu przyjaciela i wskazał na szybko idącą w kierunku czwórki osobę.

             Młoda McGardness’ówna w końcu się zatrzymała, walcząc o oddech. Jeszcze nie odzyskała sił po biegu do szkoły, a znów musiała uciekać. Gdyby nie to z pewnością nie  poddałaby się. To nie w jej stylu. Jednak nie miała już sił. Gdyby nie trójka jej największych wrogów stojących teraz nad nią, z pewnością leżałaby już na trawie. Jednak nie da im tej satysfakcji. Wystarczająco się przed nimi upokorzyła zatrzymując się.

- No i co? Było udawać bohatera i ratować Skarlet? Teraz tobie spuścimy lanie – zaśmiał się Tom.

- Jakim, prawem znęcacie się nad słabszymi? – zapytała powoli wstając i patrząc wyzywająco na blondyna z niebieskimi pasemkami i jego bandę.

- W tej szkole my rządzimy. I nikt nam jeszcze nie podskoczył, poza tobą. I wiedz, że szczególnie cię ukarzemy za nieposłuszeństwo – Rob spojrzał porozumiewawczo na kumpli.

- Nie macie takiego prawa!

- My wszystko możemy – warknął Kamil popychając siostrę, która zachwiała się, ale nie upadła.

- Nie dotykaj mnie – warknęła dysząc ciężko.

Chłopcy przez chwilę stali nieruchomo, nie mogąc oderwać spojrzenia od oczu dziewczyny. Były straszne. Jakby sam diabeł w nich siedział. Pierwszy oprzytomniał Kamil, przypominając sobie ich wczorajsze starcie i doznane przez nią upokorzenia.

- Najwyższa pora, by się rozliczyć, siostra – powiedział popychając ją. Cofnęła się krok do tyłu i z przerażeniem stwierdziła, że za sobą ma ścianę.

- I co mi zrobisz? To co wczoraj? Ten trik z mydłem był ciekawy. Tylko szkoda, że dziadek na nie trafił – ewentualną drogę ucieczki miała odciętą. Postanowiła grać na zwłokę, może ewentualnie coś w trakcie wymyśli.

- A co mnie obchodzi ten stary dziad – zaśmiał się, unieruchamiając dłonie siostry.

- Nigdy, nie nazywaj tak przy mnie dziadka – zaczęła się szamotać, nie spuszczając ognistego spojrzenia z chłopaka.

- Bo co?

- Bo to! – splunęła mu w twarz.

Chłopak z furią wymalowaną na twarzy wziął zamach z zamiarem uderzenia stojącej przed nim dziewczyny. Jednak gdy miał ją uderzyć coś, a raczej ktoś mu przeszkodził.

- Co tu się dzieję! – usłyszał za sobą ostry głos.

Odwrócił się, zwalniając blondynkę z uścisku. Przed nim stała niska pulchna kobieta, mierząca go ostrym spojrzeniem. Nie wyglądała na zadowoloną.

Wendy przymknęła powieki. Wzięła kilka głębszych oddechów. Gniew powoli z niej uchodził, podobnie jak siły. Dopiero teraz, kiedy adrenalina jej spadła, poczuła ból mięśni. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Osunęła się powoli na trawę, otwierając niepewnie oczy.

- Imię i nazwisko – kobieta zwróciła się do przestraszonego chłopaka.

- K..K..ami...Kamil McGardness – wyjąkał.

Mina belferki nie zapowiadała nic dobrego.

- Z tych McGerdness’ów? – spojrzała na Wendy.

- T..tak – padła odpowiedz.

- To skandal. Twoje zachowanie zostanie odpowiednio ukarane. Żeby własną siostrę prześladować. Już ja się postaram, by twoja babka się o tym dowiedziała, teraz idziesz do dyrektora. I tylko bez żadnych sztuczek, zapytam się czy do niego trafiłeś. Od poniedziałku, przez tydzień będziesz zostawał po lekcjach i pomagał woźnej w sprzątaniu szkoły – krzyknęła.

- Ale, ja nie chciałem...to ona zaczęła – starał się tłumaczyć, jednak jego starania na nic się zdały. Sprawa była już przesądzona.

- Wiem, co widziałam! Gdybym nie zareagowała mogło stać się nieszczęście. A teraz do dyrektora, jeśli nie chcesz zarobić większej kary – spojrzała na niego z odrazą i zwróciła się do dziewczyny siedzącej pod murem.

- Nic ci nie jest? Jesteś strasznie blada.

- Nie, pani profesor. Po prostu jestem zmęczona – powiedziała poważnie, powstrzymując się od śmiechu. Ta mina Kamila. Szkoda, że nie miała z sobą aparatu. Taka akcja się już na pewno nie powtórzy. Wstała powoli podpierając się ściany. Dopiero teraz zauważyła, że wszystkie osoby obecne na podwórku przypatrują się jej uważnie.

- Na pewno wszystko w porządku? – pytała nauczycielka patrząc z lękiem na blondynkę, jakby ta miała zaraz zemdleć.

- Na pewno, pani profesor – zapewniała, chociaż nogi jej ciążyły niemiłosiernie.

- Masz u mnie szóstkę za biegi – powiedziała nagle.

- Słucham? – zdziwiła się blondynka.

- Jesteś bardzo zwinna i szybka. Prawdę mówiąc nie widziałam jeszcze nikogo tak szybko biegającego. Pobiłabyś niejeden rekord, mogę ci to zapewnić. Trenowałaś kiedyś coś?

- Skok wzwyż i piłkę ręczną.

- Do skoków potrzebna jest szybkość – mruknęła pod nosem – Jaka jest twoja, życiówka?

- 172 – odpowiedziała zainteresowana.

- Zadziwiające. Tym bardziej, biorąc pod uwagę twój wzrost. Usiądź i odpoczywaj. Dziś nie musisz ćwiczyć – powiedziała kiedy doszły do boiska piłki ręcznej.

Wendy wykonała polecenie nauczycielki. Usiadła na ławeczce i wpatrywała się w grę koleżanek z klasy. Prawdę mówiąc, nawet gdyby belferka kazała jej ćwiczyć, nie zrobiłaby tego. Po prostu nie dałaby rady. Była padnięta. Musiała odpocząć, choć chwilę. Mimowolnie uśmiechnęła się przypominając sobie miną brata. Chłopak, siedemnaście lat a boi się nauczycielki. No może bez przesady. Minę miał, jakby zaraz miał się rozpłakać. Ciało siedemnastolatka, charakter dziesięciolatka. Przynajmniej, następny tydzień będzie miała spokojniejszy.

Nim się spostrzegła minęła lekcja i zadzwonił dzwonek. Wstała z ławki, zarzuciła plecak na ramię i powlokła się za dziewczynami z klasy na godzinę wychowawczą.

- Wendy zaczekaj – Diana dogoniła dziewczynę i zastąpiła jej drogę – Chciałam ci podziękować i przeprosić.

- Nie ma sprawy, a przepraszać nie musisz – odpowiedziała cicho. Minęła brunetkę, ta jednak ją dogoniła.

- J...ja przepraszam za to co powiedziałam wczoraj, ja wcale tak nie myślałam. Po prostu byłam zdenerwowana. Proszę, nie gniewaj się na mnie.

- Nie musisz mnie przepraszać. Rozumiem wasze zachowanie – powiedziała łagodnie idąc dalej – A teraz prowadź pod salę, od angielskiego.

- Masz może czas po lekcjach? – zapytała Diana patrząc na nią z nadzieją.

- Myślę, że mam – spojrzała na brunetkę, marszcząc brwi – Co ty kombinujesz?

- Ja? Nic, pytam tylko. Ja muszę jeszcze coś załatwić. Tam jest nasza pracownia. Na razie.

Blondynka spojrzała na Skarlet, ale nic nie powiedziała. Powlokła się pod klasę. Zachowanie brunetki było co najmniej dziwne, ale nie wnikała dlaczego. Nie jej sprawa. Usiadła pod klasą i czekała na lekcje. Nie zwracała uwagi na spojrzenia innych uczniów i ciche szepty na jej temat. A niech sobie gadają, co to ją obchodzi. Przyzwyczaiła się już, że jest tu traktowana inaczej ze względu na nazwisko. Pozostało jeszcze dojść, dlaczego?

Na godzinie wychowawczej nasza główna bohaterka nie miała chwili spokoju. Wychowawczyni dowiedziawszy się o spięciu między rodzeństwem od nauczycielki wychowania fizycznego, przeprowadziła niemal przesłuchanie z czego klasa miała niezłą polewkę. Niestety nie sama zainteresowana. Stała przed kobietę i tłumaczyła się z całego zajścia. Miała już powoli dość. No może bez przesady. Wiedziała, że ta baba jest wścibska, ale żeby do tego stopnia? Wypytywała o najmniejsze, nieistotne szczegóły. Kiedy, skończyły już się jej pytania dotyczące dzisiejszego zajścia, zaczęła wchodzić na grunt rodzinny. To się już dziewczynie nie spodobało. Postanowiła przerwać całe to zamieszanie.

- Przepraszam...

- A jak twoje stosunki z bratem?

- Proszę pani...

- Nie chce się chwalić, ale jestem świetnym pedagogiem – po klasie zaniosły się pojedyncze śmiechy. Blondynka wzniosła oczy do nieba.

- Pani profesor już po dzwonku! – powiedziała dobitnie dziewczyna. Nauczycielka dziwnie na nią spojrzała.

- Tak? Przepraszam, poniosło mnie. Wychodźcie na przerwę! – klasa popatrzyła na nią dziwnie, ale się nie ruszyła – No już, wychodźcie. Wiem, że mnie lubicie, ale muszę już was pożegnać. To moja ostatnia lekcja, a ja się śpieszę.

Prawda była taka, że do przerwy było jeszcze dobre dwadzieścia minut, ale jeśli belferka wyganiała ich z klasy nie było powodu się przy tym upierać. Nikomu jeszcze nie zaszkodziła dłuższa przerwa. Niektórym z klasy było to nawet na rękę – był czas na spisanie pracy domowej z matematyki.

Wendy przez chwilę stała i nie wiedziała co zrobić. Chciała zwrócić na siebie tylko uwagę kobiety, ale jeśli tak potoczyły się sprawy czemu tego nie wykorzystać. Kiedy tylko wyszła z pracowni, rzucili się na nią ludzie z jej klasy i zaczęli jej gratulować udanej akcji. Czuła się dosyć dziwnie, prawie tych ludzi nie znała, a oni wychwalali ją w najlepsze.

- Bądź po lekcjach pod dębem – szepnął David, poczym z Alexem odeszli. Diana jak zwykle gdzieś się ulotniła. Zrezygnowana powlokła się pod salę matematyczną.

Wyrocznia (10:39)
8 których uwierzyło, że magia istnieje

10 lipca 2006
17. Łamanie zasad i ich konsekwencje

CIEKAWE CZEMU MI SIĘ TA NOTA AŻ TAK PODOBA :D

Wendy z hukiem trzasnęła drzwiami i rzuciła się na łóżko. Była zła. Chociaż to za mało powiedziane. Ona była wściekła. Mimowolnie w jej oczach pojawiły się błękitno-fioletowe refleksy płomieni. Nie kontrolowała już tego. Podniosła się i stanęła naprzeciw solidnej ściany. Wzięła zamach i uderzyła w nią pięścią. Powtórzyła to kilka razy, aż potłuczona ręka nie dała o sobie znać. Usiadła na parapecie. Po jej policzku spłynęła słona łza. Po chwili następna. Patrzyła w okno. A słone krople same płynęły. Czuła się taka mała. Jak dziecko bez matki, które błądzi w poszukiwaniu właściwej drogi. Podsunęła kolana pod brodę i objęła je rękoma. Myślała nad sensem życia. Jakby się nie starała, jej życie zawsze było z góry ustalone. Na przeprowadzki nie miała wpływu, na zaczepki Kamila po części miała, jednak i tak to on zawsze stawiał na swoim. Westchnęła. Kiedy tu przyjechała postanowiła sobie, że będzie walczyć o swoje. Walczy, jednak rezultaty są nie zawsze takie, jakie być powinny. Męczyło ją to. Po części miała dosyć już swojego życia. Zwlokła się z parapetu. Położyła się na łóżku. Zwinęła w kłębek i starała zasnąć. Oderwać od teraźniejszości. Choć na chwilę zapomnieć. Po chwili była już w objęciach Morfeusza. Popełniła jeden zasadniczy błąd. Nie spojrzała na zegarek. Gdyby to zrobiła, zobaczyłaby, że obiad zaczyna się za pół godziny.

Obudziła się z nieodpartym wrażeniem, że o czymś zapomniała. Przeciągnęła się i przewróciła na drugi bok. Usłyszała jak w brzuchu jej burczy. Poderwała się z łóżka.

- Obiad! – krzyknęła wybiegając ze swojej komnaty. I tak miała dziś już sporo nieprzyjemności. Ale widać dziś los nie był jej łaskawy.

Kiedy wbiegła do jadalni posiłek już się kończył. Babka zmierzyła ją chłodnym wzrokiem, po czym powiedziała by poszła za nią. Weszły do dziwnego pomieszczenia. Miało ono sześć ścian pomalowanych w różnych odcieniach czerwieni. Znajdowała się tu pokaźna biblioteczka, komoda i biurko z dwoma ciężkimi krzesłami.

- Usiądź – powiedziała władczym głosem Marietta, wskazując wnuczce jedno z dwóch krzeseł. Na drugim sama usiadła, zakładając nogę na nogę – Przez tydzień tolerowałam wasze wybryki. Spóźnienia, włóczenie się po zamku. Jednak dosyć tego. To, że jesteście tu uprania was do przestrzegania pewnych reguł. Nikt nie ma prawa burzyć porządku, jaki tu panował zanim przyjechaliście. Złamałaś jedną z zasad. Zostaniesz za to odpowiednio ukarana – mówiła marszcząc brwi.

- A...ale ja zaspałam – wyjąkała dziewczyna.

Od kąd weszła do tego pomieszczenia wiedziała, że jej babka nie ma pokojowego nastawienia. Wręcz przeciwnie. Kar jej się zachciało.

- Nie tłumacz się. Nie obchodzi mnie to. Waszym obowiązkiem jest przestrzeganie panujących tu reguł. Twoją karą będzie – tu zmrużyła oczy i uśmiechnęła się lekko – zmycie holu. Myślę, że zajmie ci to trochę czasu, więc zaczniesz od teraz.

- Całego? – zapytała robiąc zrezygnowaną minę.

- Masz coś jeszcze do powiedzenia?

- Nie babciu – powiedziała pokornie i wyszła z gabinetu babki. Ledwo się opanowywała. Dlaczego wszystko się sprzysięgło przeciw niej. Nie wie jak doszła na hol. Była tak zamyślona, że szła przed siebie nie patrząc gdzie idzie. Cud, że nie zabłądziła.

Na dole czekał na nią dziadek. Upierał się by zjadła obiad, jednak wmówiła mu, że kolację zje na pewno, a teraz potrzebne są jej wiadro z wodą i miotła ze ścierką. Mężczyzna domyślił się o co chodzi, więc spełnił tą niecodzienną prośbę.

Dziesięć minut później stała sama na holu zastanawiając się od czego zacząć. W końcu nie widząc większego sensu w staniu i gapieniu się tępo z podłogę, postanowiła działać. Im szybciej zacznie, tym szybciej skończy. Takie przynajmniej było pierwotne założenie, które jak się potem okazało nie było trafne. Wzięła miotłę i zaczęła zamiatać. Miała wrażenie, że ktoś tu bardzo długo nie sprzątał. Gdy skończyła zdziwiła ją ilość piasku i kurzu, które zmiotła. „Tu naprawdę, dawno nie sprzątano” – przeszło jej przez myśl widząc sporych rozmiarów kupkę piachu przy wejściu. Teraz czekała ją mokra robota. Szło jej to o wiele wolniej niż poprzednio. Hol był duży i często musiała myć szmatę. A że wiadra nie chciała nosić za sobą, co rusz zapominała gdzie skończyła. Nie wiedziała ile już tak sprzątała. Fakt był faktem – miała już dość.

Zbliżała się szósta, a ona nie była jeszcze w połowie. „Dobrze, że przynajmniej Kamila tu nie ma” – no i wykrakała. Coś zaskrzypiało.

- No i doigrałaś się, wiedźmo – Kamil zaśmiał się wrednie, stając w drzwiach wejściowych z miną zwycięzcy.

- Zamknij się – spojrzała na niego z ukosa, nie przestając szorować marmurowej posadzki.

- Bo co?

- Bo wczoraj i przedwczoraj. Chyba nie chcesz powtórki. Tomuś pewnie do tej pory rozpacza, co?

- Jak śmiesz obrażać moich kolegów.

- Tak samo, jak ty śmiesz zaczepiać moich!

- A kogo to obchodzi?

- Mnie!

- Muszę sobie to gdzieś odnotować – uśmiechnął się ironicznie – Ale ze mnie niezdara, zapomniałem wytrzeć butów – powiedział przechodząc zabłoconymi butami przed nosem blondynki.

- Przyrzekam ci, że się w końcu doigrasz – krzyknęła.

- To, ciekawe, szczególni uwzględniając przy tym, że jesteś w porównaniu ze mną karłem i nic mi zrobić nie możesz.

- W przeciwieństwie do ciebie ja mam mózg i z niego korzystam.

- Coś sugerujesz?

- Domyślny jesteś – zakpiła. Kamil zacisnął pięści.

- Miłego sprzątania – warknął kopiąc wiadro. Woda w pomieszaniu z błotem utworzyła błotnistą kałużę. Wendy o mało szlag nie trafił. Zbliżała się szósta, po trzy godzinnej harówce miała już połowę holu sprzątniętego. Jeszcze cztery godzinki i byłaby wolna. Ale nie, ktoś musiał zepsuć jej pracę. Teraz będzie musiała wszystko zaczynać od nowa. Spojrzała wściekła na brata. Ten odsunął się o krok do tyłu widząc jej spojrzenie. Po chwili jednak opanował strach i pewny siebie podszedł do klęczącej, dyszącej ze wściekłości dziewczyny.

- I co mi zrobisz. Twoje spojrzenie nie zabija – założył ręce na pierś.

- Może i nie zabija, ale coś ci zrobić mogę – podcięła go.

Nim się obejrzał leżał w kałuży. Poderwał się jak oparzony. Podbiegł do stojącej nieopodal dziewczyny. Wyciągnął ręce w jej stronę, nim jednak zdarzył cokolwiek zrobić, dostał szmatą po twarzy.

 - Ręce przy sobie – pogroziła mu palcem i wzięła nogi za pas.

Tak wściekłego Kamila jeszcze nie widziała. Dla własnego bezpieczeństwa lepiej się chwilowo ewakuować, a po pewnym czasie powrócić na miejsce zbrodni i kontynuować swoją karę.

- Nie daruję – krzyczał nie dając za wygraną.

- Zawsze tak mówisz i co? – zaśmiała się uciekając. Nadal przed oczami miała obraz Kamila ze szmatą ociekającą wodą na twarzy. Nie mogła jednak przypuszczać, że tym razem chłopak wywiąże się ze swojej groźby.

- Popamiętasz mnie mała szmato!

- Mówiłam ci już, że do twarzy ci z tą ścierą. Hahahaa – wbiegła do łazienki i przekręciła klucz. Chłopak dobijał się do drzwi przez dobre dziesięć minut, wygrażając co ją czeka jak wyjdzie. Ta swoim zwyczajem puściła to mimo uszu. Przypuszczała, że to kolejne obietnice bez pokrycia. Zwyczajnie usiadła na parapecie i zaczęła sobie nucić pod nosem Even in Death Evanescence.

- Wyłaź z tąd cholero – walił w drzwi, które drżały niebezpiecznie.

- Co tu się dzieje. Wytłumacz mi to – blondynka uśmiechnęła się pod nosem.

- No bo...eee...chce mi się do łazienki, ale Wendy ją zajęła i nie chce mnie wpuścić – kombinował.

- Wendy wyjdź – dziewczyna posłusznie wykonała polecenie dziadka. Stanęła koło niego i uśmiechnęła się triumfalnie do brata.

- Łazienka wolna. Korzystaj póki możesz, bo zaraz tu wpadam po wodę – powiedziała i odwróciła się na pięcie.

Zeszła na hol. Ogarnęła wszystko wzrokiem i myślała, że się załamie. Przez połowę korytarza który sprzątnęła, ciągnęła się długa błotnista kałuża.

- Co tu się stało?

- Zapytaj Kamila, dziadku. Pójdziesz ze mną do łazienki po wodę – pod wpływem spojrzenia mężczyzny dodała – Dla mojego bezpieczeństwa.

- Zauważyłem, że nie przepadacie za sobą z Kamilem, ale żeby do tego stopnia? – podniósł przewrócone wiadro i spojrzał uważnie na wnuczkę.

- Nigdzie nie jest napisane, że rodzina powinna się kochać – padła odpowiedz z jej strony.

- W sumie masz rację, ale żeby otwarcie się nienawidzić?

- Babcia z ojcem też za sobą nie przepadają, jak zauważyłam.

- W głębi duszy się kochają. Chowają do siebie dawne urazy. Żadne z nich nie chce ustąpić. Oboje są uparci – skomentował to dziadek.

- Mam pytanie.

- Tak Wendy?

- Ale nie wiem czy uzyskam na nie odpowiedz – spojrzała niepewnie na mężczyznę.

- Zależy o co zapytasz – uśmiechnął się.

- Kim byli bliźniacy i dlaczego większość ludzi tak dziwnie reaguje na nasze nazwisko?

- Dziwnie, to znaczy jak – ignorując pierwszą cześć pytania.

- Niektórzy się boją, robią przestraszone miny, patrzą na mnie z niedowierzaniem. Inni czują do mnie respekt. Jeszcze inni otwarcie mnie nienawidzą. O co w tym chodzi?

- Widzisz, to bardzo długa historia. A ty chyba nie masz czasu by jej wysłuchać – wskazał na wiadro – Poza tym muszę coś dziś załatwić.

- Czyżby partyjka szachów z O’Donelem? Aha, masz od niego pozdrowienia.

- Skąd wiedziałaś – zdziwił się unosząc brwi.

- Zgadywałam, kazał zapytać cię kiedy wpadniesz do niego na partyjkę.

- Stary poczciwy Karol – zaśmiał się pod nosem.

- Sympatyczny z niego człowiek. Tym czasem nie odpowiedziałeś na moje pierwsze pytanie.

- A jakie było twoje pierwsze pytanieeee – zapytał wchodząc do łazienki. Poślizgnął się na czymś i nakrył nogami.

- Dziadku nic ci nie jest – przestraszona podbiegła do niego i kucnęła przy nim.

- Już wiem co miałaś na myśli, wspominając o bezpieczeństwie – powiedział pokazując dziewczynie mydło, które zapewne nie przypadkiem znalazło się na podłodze.

- Kamil – mruknęła – Sam widzisz, dziadku z nim nie da się żyć w spokoju. Już od dawna prowadzimy otwartą wojnę i nie zapowiada się na rozejm. Jest coraz gorzej – podała mężczyźnie dłoń i pomogła mu wstać.

- Jeśli tak się sprawy mają, to uważaj na siebie. A tym czasem przepraszam cię, ale lata już nie te. Pójdę odpocząć. Poradzisz sobie, prawda? – podparł się ściany.

- Tak, dziadku – poczochrał jej włosy i trzymając się za bok wyszedł z łazienki.

Dziewczyna nalała wody do wiadra i wróciła na hol. Bez większego zainteresowania zaczęła szorować marmurowe posadzki. Skończyła po jedenastej, ale była zadowolona ze swojej pracy. Marmury lśniły jak nigdy dotąd. Można było w nich zobaczyć własne odbicie. A to babka się zdziwi. Tylko, żeby jej to nie weszło w nawyk. Nie chciała robić za sprzątaczkę. Była tak zmęczona, że nie przebierając się, rzuciła się na łóżko i zasnęła.

Wyrocznia (08:23)
9 których uwierzyło, że magia istnieje

06 lipca 2006
16. Ciąg dalszy lekcji

ŁAMIE MOJĄ ZASADĘ I DODAJĘ WAM DRUGĄ JUŻ W TYM TYGODNIU NOTKĘ. CZEMU TO ROBIE? BO SIE NUDZE, BO WAS LUBIE MOI DRODZY CZYTELNICY I KOMENTATORZY. WIĘCEJ TEGO NIE ZROBIE. NOTKI BĘDĄ SIĘ POJAWIAĆ REGULARNIE CO TYDZIEŃ. NO CHYBA, ŻE WYJADE NA WAKACJE, A TO NASTĄPI NA KONIEC LIPCA, TO JEDNEJ NOTKI NIE DODAM. NO WIECIE POD NAMIOT TO JA Z SOBĄ KOMPUTERA NIE ZABIERAM, NIE MÓWIĄC JUŻ O NECIE.

Wendy powlokła się za klasą pod pracownię matematyczną. Znajdowała się ona na trzecim piętrze, jednak nie to teraz było istotne. Było jej źle. Zawiodła się na ludziach, na których jej zależało. Może, to jej wina? Ale teraz to już nie ważne. Co się stało już się nie odstanie. Przeklinała w duchu Kamila. Dlaczego on jej to robi? Chciało jej się płakać. Myślała, że kiedy tu przyjadą wszystko zacznie od nowa. Tymczasem historia znów się powtarza. Miała walczyć o swoje, a wszystko sprzysięgło się przeciwko niej. Samotna łza spłynęła jej po policzku. Szybko ją otarła, by nikt nie zauważył. Jednak jedna osoba to dostrzegła.

    Alex wyszedł z klasy biologicznej ostatni. Czuł się winny. Być może gdyby wystąpił w obronie Wendy, nie doszłoby to całej tej przykrej rozmowy. W zasadzie nie była ona niczemu winna. Nie wiedział dlaczego przyjaciele tak zareagowali. Może bali się Kamila i chcieli zejść mu z drogi. Może wyczuwali w niej rywalkę. A może naprawdę chodziło im o zaufanie. Tego nie wiedział i jedyną osobą, która mogła to wiedzieć była Margareth.

   W milczeniu doszli pod sale matematyczną. Starali się nie zwracać uwagi na blondynkę siedzącą pod ścianą, czytającą jakąś książkę. Po chwili sami rozłożyli się na posadzce i zaczęli rozmawiać.

- Co robimy dziś po lekcjach?

- Możemy zrobić dziś u mnie w chacie trening, starych nie ma w domu – powiedział David siląc się na uśmiech – Skołujcie filmy, chipsy, napoje mam, to potem urządzimy sobie mały seans.

- Pytanie brzmi: o której wracają twoi starzy?

- Wyluzuj Alex. Dopiero jutro po południu. Jak chcecie możecie u mnie nocować. Poszalejemy trochę – spojrzał na przyjaciół robiąc przy tym minę skrzywdzonego zwierzątka. Od razu się rozchmurzyli i uśmiechnęli.

- To o której mamy do ciebie wpaść?

- Hmmm...jeśli zamierzacie nocować to o dziewiętnastej, jeśli nie to o piętnastej, ok.?

- Może być – powiedziała cicho Diana.

- Tylko bez wygłupów. Coś się stało – David spojrzał zaniepokojony na przyjaciółkę.

- Czuje się jakoś nieswojo. Myślę, że źle postąpiliśmy tak ją osądzając – mruknęła rzucając krótkie spojrzenie na Wendy.

- A ja myślę, że słusznie. Ona wydaje mi się jakaś dziwna. Raz jest taka, raz inna – mówiła Margareth gestykulując przy tym żywo.

- Ma widocznie do tego powody.

- No to mi je przedstaw – rudowłosa spojrzała wyzywająco na Alexa.

- Przy nas zachowuje się normalnie, przy Kamilu nie. Przy nas czuje się bezpiecznie, przy nim nie. My zawsze ustępowaliśmy Tomowi i jego bandzie i nie wychodziliśmy na tym dobrze. Ona się tak przed nimi po prostu broni. I myślę, że i my powinniśmy zacząć się im przeciwstawiać.

- Mi się zdaje czy ty jej bronisz? – David spojrzał badawczo na przyjaciela.

- Zdaje ci się.

- No myślę sobie.

Równo z dzwonkiem przyszła nauczycielka i wpuściła swoich podopiecznych do klasy. Po szybkim sprawdzeniu obecności przeszła do lekcji. Matematyczka okazała się być szczupłą kobietą o niemal białych włosach. Nosiła kwadratowe okulary. Na oko można było stwierdzić, że ma około trzydziestu lat. Była surowa, lecz sprawiedliwa.

- Otwieramy podręczniki na stronie dwieście siedemnastej. Zadania nr 5, 6, 7, 8, 9. Do roboty. Kto chce rozwiązać pierwsze zadanie? – zapytała rozglądając się po klasie. Tymczasem zainteresowani czytali zestresowani treść pierwszego zadania. Trzeba było przyznać, że nie należało ono do najłatwiejszych. Przy zadaniu widniały trzy gwiazdki, opisujące jego stopień trudności. Nikt nie chciał być tym (nie)szczęśliwym wybrańcem, więc zaległa cisza – Może panna McGardness. Zobaczymy czego nauczyli cię w poprzedniej szkole. Przeczytaj zadanie. Masz na to pięć minut. Nie muszę cię informować, że robisz to na ocenę?

- Nie pani profesor – powiedziała wstając i podchodząc do tablicy. Przeczytała na głos treść zadania. Stanęła i zaczęła się zastanawiać nad rozwiązaniem. Cała klasa śledziła każdy jej ruch. Część spisała ją na straty, część wierzyła że jeśli pochodzi z tych McGardnessów na pewno coś wymyśli. Inni czekali na rozwój zdarzeń.

Przeczytała cicho zadanie, wzięła kredę do dłoni i zaczęła smarować. Nauczycielka odwróciła się przodem do tablicy i obserwowała działania uczennicy. Zdziwiona uniosła jedną brew do góry, widząc jakieś skomplikowane wzory. Wendy dokończyła zadanie i stanęła przy tablicy, czekając na werdykt nauczycielki. Uśmiechnęła się lekko widząc jej zakłopotaną twarz. Podobnie jak matematyczka, klasa siedziała i tępo gapiła się w tablice, starając się rozszyfrować wzory.

- Zadanie wykonane poprawnie, chociaż można to było rozwiązać inną, prostszą metodą. Pięć. Siadaj – blondynka posłusznie wróciła do ławki i zajęła się rozwiązywaniem innych zadań.

- Kathren Keneddy do następnego zadania – powiedziała nauczycielka wstawiając dla panny McGardness zasłużoną ocenę. Z pierwszej ławki wstała pulchna dziewczyna. Nie była przesadnie gruba, ale i do chudych nie należała. Miała krótkie ciemne włosy. Jej brązowe oczy wyrażały panikę. Podeszła do tablicy. Trzęsącymi się dłońmi otworzyła książkę na odpowiedniej stronie i łamiącym się głosem zaczęła czytać zadanie. Gdy skończyła zaczęła się rozglądać po klasie w poszukiwaniu pomocy. Jednak jej nie znalazła.

- Siadaj jedynka. Radzę ci przyłóż się do nauki, bo to twoja druga jedynka, a koniec roku tuż, tuż. Są jacyś chętni do tego zadania. No dalej, nie bójcie się – nikt się nie odezwał. Wszyscy mieli spuszczone głowy. Matematyka była dla niektórych najbardziej stresującą lekcją.

- Nie ma ochotnika, bierzemy niewolnika. Może pan Rande – spojrzała znacząco na Davida, który zrobił przerażoną minę – Tak Wendy? – zwróciła się do blondynki widząc jej uniesioną rękę.

- Chce się zgłosić do zadania.

- No dobrze, chodź. Prosiłabym cię jednak, byś tłumaczyła klasie co robisz.

- Dobrze pani profesor. David odetchnął z ulgą. Nigdy nie był orłem z matematyki, a szczególnie algebraika idzie mu wyjątkowo opornie. Był wdzięczny McGardness’ównej za wybawienie. Miał już na kącie jedną pałę, drugiej zarobić nie chciał. Postanowił pogadać z nią jutro po lekcjach. Dziś zapewne nie mógłby wymyślić składnego sensownego zdania, a żarty byłyby nie na miejscu. Musiał sobie wszystko poukładać w głowie. Przepraszanie było nie w jego stylu. Musiał przyznać, że polubił tą pyskatą blondyneczkę. A dzisiejsza rozmowa wydawała mu się być niepotrzebna. Przecież w gruncie rzeczy ona w niczym nie zawiniła. Dwie godziny matematyki minęły ku uldze większości klasy bez stresowo. Wendy w ciągu jednej godziny rozwiązała wszystkie zadania, na które nauczycielka przeznaczyła dwie godziny. Tak więc, nie chcąc burzyć swego ścisłego harmonogramu dała uczniom godzinę wolną. A co panna McGardness osiągnęła? Rządek pozytywnych ocen, wdzięczność klasy i przychylność matematyczki.

Geografia, Wos i niemiecki minęły szybko.

Nauczycielem geografii okazał się być miły staruszek. Był małym mężczyzną ubierającym się w luźne ubrania. Jego włosy sięgające ramion były siwe. Był ulubieńcem uczniów. Miał zwyczaj, pytanego ucznia częstować cukierkami lub innymi smakołykami. Był zawsze uśmiechnięty i umiał się śmiać ze swoich błędów. Uczniowie przepadali za nim i jego dowcipami. Geografie można było uznać za najśmieszniejszą lekcje. Przy sprawdzaniu obecności co rusz śmiał się z czyjegoś nazwiska lub opowiadał zabawne anegdoty związane z nimi. Kiedy przeczytał ostatnie nazwisko, zmarszczył brwi, po czym rozejrzał się po klasie. Kiedy dostrzegł Wendy uśmiechnął się do niej promiennie, kazał pozdrowić dziadków i zapytać dziadka, kiedy wpadnie do niego na partyjkę szachów, co klasa przyjęła gromkim śmiechem.

Wosu uczył niebieskooki mulat. Robił wrażenie groźnego, jednak okazał się być normalnym nauczycielem. Wielokrotnie zaskakiwał swoją wszechstronną wiedzą. Swój przedmiot wykładał tak, że nikt nie mógł narzekać na nudę. Każde słowo miało swój sens.

Nauczyciela niemieckiego nie było w szkole. Podobno miał zwolnienie lekarskie. Euforia uczniów na tę wieść szybko przerodziła się we wstręt. Bowiem zamiast godziny wolnej, zastępstwo z nimi miała mieć woźna. A podobno była ona gorsza nawet od samego Drezera. W istocie tak było. Na samym wstępie, po wejściu do klasy przyczepiła się do paru uczniów o brak obuwia na zmianę. Przyniosła im miotły, szmaty i kazała pucować klasę.

Wendy pierwsza ze swojej klasy wybiegła ze szkoły. Od razu co jej się rzuciło w oczy to stojąca banda Toma przed bramą zamku.

- Będą kłopoty – mruknęła do siebie. Zauważyła, że z chłopakami stoi jeszcze jakaś dziewczyna. Wyglądała na typowa laskę. Świadczyć o tym mógł między innymi wyzywający ubiór i śmiały makijaż. Chciała przejść niezauważona, jednak widocznie na nią czekali, gdyż od razu ją spostrzegli.

- Witaj siostra, coś taka nie w sosie? – Kamil zastąpił jej drogę – Czyżby kumple cię znów zostawili?

- Nie twój interes, a teraz spadaj, nie mam czasu – warknęła.

- Do brata powinnaś odnosić się z szacunkiem – koło Kamila stanęła wysoka dziewczyna o czarnych włosach. Z pogardą lustrowała blondynkę.

- Tobie nic do tego, a teraz żegnam – powiedziała mijając ich.

- Nie tak szybko – kątem oka zobaczyła, czających się za nią Toma i Roba. Wzięła nogi za pas. Przez chwilę ją gonili, jednak dali za wygraną i odpuścili widząc, że jej nie dogonią.

    Alex w towarzystwie trójki przyjaciół wyszedł ze szkoły. Rozmawiali wesoło na temat dzisiejszego treningu. David w wersji humorystycznej opowiadał, jaki dostał ochrzan za ostatnio potłuczony przez nich dzban z greckimi malowidłami – bardzo ceną pamiątkę rodzinną.

- Tym razem ćwiczymy w moim pokoju. Nie mam zamiaru słuchać drugiego takiego kazania. O nie, nie, nie. A mój pokuj możecie spokojnie demolować i tak panuje tam taki bałagan, że nie będzie żadnej różnicy – zaśmiał się.

- Najpierw posprzątamy, będzie bezpieczniej – Margareth uśmiechnęła się.

- Nie pozwolę wam tknąć mojego twórczego nieładu - zaprotestował.

- Zobaczymy jakie skarby tam chowasz – powiedziała Diana, która ożywiła się wyraźnie na samą myśl o dzisiejszym spotkaniu.

- Nie ma dobrze, pół roku pracowałem, by mieć taki „porządek”!

- Zobaczymy co się da zrobić, jak przyjdziemy – odezwał się Alex. Wiedział jakie tajemnice kryje pokuj przyjaciela. A bałagan tam panujący, przyprawiłby o zawrót głowy nie jednego czyściocha. Jednym słowem w jego czterech kątach panował armagedon. Odwiedzał go często i widział na co stać Davida. Nawet w jego pokoju nie było takiego bałaganu. Ubrania zamiast w szafie walały się po podłodze i meblach. Pod łóżkiem leżały góry różnego rodzaju papierów i opakowań po słodyczach. Na ścianach miał namalowane rysunki własnego autorstwa, które nadawały pomieszczeniu buntowniczego charakteru. Nie było w Darkvill drugiej takiej osoby, która umiałaby przetrwać w takich warunkach choćby tydzień. On był rekordzistą – weteranem. Pół roku to coś.

- Czemu oni zawsze się spóźniają? – marudziła rudowłosa, siadając na schodach.

- Wypraszam sobie, nie zawsze, tylko jak nauczyciele przetrzymują nas na przerwie – wysapał Jeffrey wychodząc ze szkoły. Za nim wlókł się Will.

- To co, idziemy?

- A gdzie zgubiliście swoją nową znajomą – zapytał William zapinając kurtkę.

- Mieliśmy małe spięcie. Ale, jeśli tak za nią tęsknisz, jest tam – Margareth skinęła głową w kierunku bramy zamku.

Dopiero teraz Morlen ich zauważył. Blondynka zajęta wymianą zdań z bratem i czarnowłosą dziewczyną, nie widziała skradających się za nią dwóch chłopaków. Gdy już mieli ją złapać, wywinęła się im i zaczęła uciekać.

Diana odetchnęła z ulgą. Czuła się po części odpowiedzialna za to co się dziś stało.

- Znalazła nowych przyjaciół?– skomentował młody Kahn.

- Możliwe – prychnęła rudowłosa.

- Nie bądźcie złośliwi. Przecież na pierwszy rzut oka widać, że się nienawidzą – zdenerwowała się Diana.

- A masz pewność, że nie udają? W końcu to rodzina.

- Wiesz co Mar, odpuść sobie. Nie wiem czemu masz takie nastawienie względem Wendy, ale mi się to nie podoba – David spoważniał.

- Przekonałeś się do niej po dzisiejszej matematyce – powiedziała przesłodzonym głosem.

- Co ci jest dziewczyno? Najpierw niemal ją ubóstwiasz, a teraz nienawidzisz?

- Po prostu jej nie ufam. Coś w niej jest dziwnego.

- Nie wiem jak wy, ale ja ją jutro po lekcjach przeproszę. Źle się czuje z tym co jej powiedziałem.

- Nie poznaje cię brachu, ale idę z tobą – Alex poklepał przyjaciela po plecach.

- A ja z wami – Diana się rozpromieniła.

- No dobra, niech wam będzie – rudowłosa westchnęła. Wiedziała, że z przyjaciółmi nie warto się kłócić.

- Ja bym jej nie ufał.

- Nie znam jej więc się nie wtrącam – wtrącił się Jeffrey, narzucając na ramię plecak.

- Koniec tematu. Aha. Will, Jeff wpadajcie dziś o dziewiętnastej do mnie.

- Czyżby trening?

- Bingo!

Wyrocznia (09:57)
9 których uwierzyło, że magia istnieje

03 lipca 2006
15. A jednak Kamil dopiął swego

Wendy przewróciła się na drugi bok i ziewnęła przeciągle. Budzik dzwonił od pięciu minut, a ona nie miała najmniejszej ochoty się ruszać. W końcu po omacku walnęła w budzik. Traf chciał, że zrobiła to prawą ręką i zamiast w budzik trafiła z kant szafki. Zaklęła pod nosem i złapała się za obolałą rękę. Od łokcia w dół ciągnął się długi fioletowy siniak – drobna pamiątka po wczorajszej konfrontacji.

Zwlokła się z łóżka i złorzecząc na Toma, powlokła się do łazienki. Po pięciu minutach już nieco przytomniejsza ubrała się i z plecakiem zeszła na dół. Spojrzała na zegarek. Jak na osobę, która siedziała do drugiej nad ranem odrabiając pracę domową z fizyki, było całkiem nieźle.

- W pół do ósmej – mruknęła i weszła do kuchni. Ku jej wielkiemu niezadowoleniu siedział tam już Kamil i konsumował kanapki zrobione przez dziadka.

- Witaj Wendy, jak się spało? – zapytał wręczając jej drugie śniadanie.

- Dobrze. Nie, zjem w szkole – powiedziała widząc, że dziadek podsuwa jej pod nos talerz kanapek.

- No chociaż, jedną weś. Zjesz po drodze.

- Dzięki. Ja już lecę. Pa dziadku! – wyszła z kuchni. Za nią wyszedł Kamil. Szedł za nią nic nie mówiąc. Przez jakiś czas starała się go ignorować, jednak w końcu nie wytrzymała, denerwowała ją sama jego obecność – Czego? – krzyknęła.

- Już z własną siostrą do szkoły nie mogę iść – odpowiedział przesadnie miłym głosem.

- Nie!

- Nie zabronisz mi tego.

- Zdziwiłbyś się.

- Uważaj na swoich znajomych coś złego może się im stać.

- Wiedziałam, że czegoś chcesz. Odwal się ode mnie i od nich. Chyba, że chcesz podzielić los Toma.

- Nigdy się od ciebie nie odczepie. Będę cię prześladował, aż ty ustąpisz. Nie boję się ciebie, nie możesz mi nic zrobić – zaśmiał się.

Wendy zatrzymała się gwałtownie i odwróciła do niego.

- Uważasz, że nie mogę ci nic zrobić? Tak? A kto przywalił Tomowi? Chyba nie ty? – prychnęła – Poza tym większego tchórza w życiu nie widziałam. Jedno moje spojrzenie i uciekasz – odwróciła się i poszła dalej.

- A co mi twoje spojrzenie może zrobić, wiedźmo?

- Sam sobie odpowiedz na to pytanie. To nie ja uciekam pod jego wpływem.

- Nie martw się. Więcej nie ucieknę. Uświadomiłem sobie, że jesteś dla mnie nie szkodliwa.

- Ciekawe – zaśmiała się wrednie.

- My ci tego nie darujemy.

- Już się boję. Trójka nieudaczników coś może mi zrobić?

- A powinnaś. Pamiętaj ja cię ostrzegałem – uśmiechnął się sztucznie i minął ją.

- Szerokiej drogi, pedale – krzyknęła.

Kamil odwrócił się i już chciał do niej podbiec, lecz Tom i Rob go zatrzymali, szepcząc o czymś zawzięcie i uśmiechając się przy tym.

Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że jest już pod szkołą. Była tak zajęta kłótnią z bratem, że nie zauważyła kiedy doszła pod zamek. Rozejrzała się z nadzieją zobaczenia kogoś z jej klasy. Nie zawiodła się. Nieopodal niej pod rozłożystym dębem stała Margareth rozmawiając z dwoma nieznanymi jej chłopakami. Przez chwilę zastanawiała się czy do nich podejść. W końcu się przełamała. „A co mi szkodzi” – myślała.

- Cześć Margareth. Nie wiesz przypadkiem, gdzie mamy – tu wyjęła z kieszeni spodni plan lekcji napisany wczoraj dla niej przez Dianę – biologię?

- Cześć Wendy – krzyknęła do niej, jakby nie widziały się lata. Rudowłosa ignorując pytanie blondynki zaczęła przedstawiać jej towarzyszy – To jest William Kahn – wskazał na rudzielca o brązowych oczach - i Jeffrey Allen – czarnowłosy chłopak o niebieskich oczach podał jej dłoń – A to jest Wendy McGardness – dokończyła.

Na chłopakach nie zrobiło to większego wrażenia. Zachowywali się tak, jakby doskonale wiedzieli kto przed nimi stoi.

- Miło nam cię poznać – powiedział obojętnie William.

- To właśnie z nimi chcieliśmy cię zapoznać, wczoraj – Wendy odwróciła się gwałtownie.

Za nią stał David i Alex.

- Dobra my lecimy, mamy sprawdzian z matematyki – powiedział Jeffrey.

Po chwili zniknął z Williamem za drzwiami.

- No i jak pierwsze wrażenie – Margareth spojrzała na nią uśmiechając się przy tym szeroko.

- Nie wiem, może mi się zdawało, ale William wydaje mi się być trochę drętwy – podsumowała nieśmiało.

- Wydaje ci się – powiedział David śmiesznie kiwając głową.

- Sory za spóźnienie. Zaspałam – wysapała Diana starając złapać oddech.

- A co śpiąca królewna robiła w nocy? – blondyn spojrzał na nią wyczekująco.

- Do pierwszej w nocy odrabiałam fizykę.

- Ja do drugiej – wszyscy spojrzeli na Wendy.

- I normalnie dziś rano wstałaś? – zdziwiła się brunetka?

- Mam swoje sposoby – skrzywiła się lekko na samo wspomnienie pobudki.

- Widzę, że nie należą do najprzyjemniejszych – wtrącił się Alex, który do tej pory się nie odzywał.

- Na pewno nie – potwierdziła.

- Podziel się z nami swoimi wyczynami – zachęcał blondyn.

- Lepiej nie.

- Dobra jak nie chcesz, to nie mów – powiedział robiąc minę skrzywdzonego zwierzątka.

- Tylko bez takich – zaśmiała się - Jak jest się taką fujarą jak ja to wszystko jest możliwe.

- Ty fujarą? Nie rozśmieszaj mnie. A kto przywalił Tomowi dwa razy?

- Nie widziałaś mojej dzisiejszej akcji. Zamiast w budzik z całej siły walnęłam w kant półki. Nie było sposobu by się nie obudzić.

- No fakt.

- Szacuneczek – zaśmiał się David.

- Dobra będziemy tu tak stać czy idziemy na biole?- zapytała Wendy. Widziała, że Alex chciał coś powiedzieć, przewidywała nawet co. Trzeba było interweniować.

- Aż tak ci się śpieszy na lekcje? – zapytała ironicznie Mar.

- Jakbyś nie zauważyła jest zima, te szczątkowe ilości śniegu są tego najlepszym przykładem. Poza tym zimno jest.

- No to chodźmy.

Pod klasę biologiczną dotarli równo pięć minut przed dzwonkiem. Stanęli pod ścianą i zaczęli rozmawiać.

- ...podszedł do niej i pyta: tańczysz? A ona na to: tańczę, śpiewam, gram na skrzypcach. On patrzy na nią i mówi: co ty pleciesz? A ona: plotę, szydełkuje, robię na drutach – David skończył kolejny kawał, który okazał się być świetny. Najlepszym dowodem na to były śmiech. Lecz panna McGardness się nie śmiała. Nikt z jej znajomych tego nie zauważył, naprzeciwko nich stała banda Toma patrząc na nią z nienawiścią.

Kamil powiedział coś do kumpli. Ci skinęli głową na znak, że się zgadzają.

- Wendy czemu się nie śmiejesz – zapytała Margareth krztusząc się ze śmiechu.

- Kłopoty idą – szepnęła. Przyjaciele nadal śmiali się w najlepsze, nie widząc zbliżających się wrogów. Dopiero kiedy usłyszeli ich głos za sobą, zaskoczeni się odwrócili i zaczęli przyglądać całej sytuacji.

- Co siostra, nie cieszysz się na mój widok? – powiedział Kamil podkreślając drugie słowo, tak by wszyscy usłyszeli.

- Prędzej zwymiotuje na twój widok, niż będę się cieszyć – warknęła.

- Te słowa powinny cię słono kosztować, jednak dla ciebie szykujemy coś specjalnego – Rob uśmiechnął się ironicznie.

- Przyszliście w konkretnej sprawie, czy tylko, żeby mnie wkurzać? – powiedziała przesłodzonym głosikiem.

- Ty dobrze wiesz czego od ciebie chcemy – syknął Rob.

- Fajne okulary Tomuś – zaśmiała się – Po co się maskujesz. Chcę obejrzeć swoje dzieło. No dalej pokaż oczko. Czyżbyś nie lubił fioletowego?

- Zamknij mordę suko!

- Uważaj na słowa, koleś. Chyba, że chcesz replay ze wczoraj to proszę bardzo – warknęła podchodząc do niego. Blondyn cofnął się o krok do tyłu.

Z boku musiało to wyglądać dość śmiesznie. Dobrze zbudowany chłopak, wyższy o ponad dwie głowy cofa się przed drobną blondynką.

- Zrobisz to publicznie? Ciekawe czemu się ciebie nie boje? – powiedział pewny siebie, widząc chwilowe zwątpienie na twarzy przeciwniczki.

- Prosisz żebym ci przywaliła kolejny raz? Nie ma sprawy – uśmiechnęła się wyzywająco. Wiedziała o co mu chodziło. O oczy. Gdyby inni to zobaczyli, baliby się jej. Nie może na to pozwolić – Nos był, oko też, teraz zęby, tak? Nie szkoda ci ich? Protezy sporo kosztują.

- Widzisz, boisz się. Doskonale wiesz o co nam chodzi – zaśmiał się wrednie.

- A skąd ja mam wiedzieć co się kryje w waszych chorych głowach? – powiedziała z kpiną.

- Nie udawaj głupszej, niż jesteś!

- Morda – krzyknęła.

Wiedziała, że zaraz może przestać nad sobą panować, a o to im chodziło. Postanowiła się wycofać. Tylko jak to zrobić, by wyjść z tego z twarzą? Uratowała ją nauczycielka. Jak się okazało było już grupo po dzwonku. Nauczycielka przepraszając klasę za spóźnienie wpuściła ich do pracowni.

- To jeszcze nie koniec – warknął Kamil.

Siostra spojrzała na niego z niesmakiem i zniknęła za drzwiami.

- Przepraszam za spóźnienie. Rozpakujcie się, a ja sprawdzę obecność – Wendy usiadła w przedostatniej ławce koło okna. Wyjęła książkę i zeszyt i czekała na swoją kolej. Przyjrzała się nauczycielce biologii. Nie miała więcej niż czterdzieści lat Jak się potem Wendy przekonała była nieco roztrzepana. Przy czytaniu nazwisk raz po raz się myliła i przekręcała je, co wywoływało śmiech. Kiedy doszła do niej. Przez chwilę patrzała na nią z przerażeniem wymalowanym na twarzy. W końcu się uspokoiła i przeszła do lekcji. Jednak wyjątkowo nie mogła się skupić. Notatki wypadały jej z rąk. Nie widząc innego rozsądnego wyjścia zadała klasie pytania na które mieli odpowiedzieć, wyszła z klasy tłumacząc się ważnymi sprawami do załatwienia. Gdy tylko nauczycielka wyszła klasa ożywiła się. Zaczęły się rozmowy i wojny na papierki. Blondynka w nich nie uczestniczyła. Z powagą wpatrywała się w okno. Jednak nie interesowało ją co się za nim znajduje. Myślała, co zrobić by Kamil i jego durnowaci kumple dali jej święty spokój. Nie ma dnia, by jej nie zaczepili. Codziennie musi patrzeć na ich obleśne mordy. Do tego jeszcze jej grożą. Wiedziała, na co ich stać. Jednak nie wiedziała czego może się po nich spodziewać. Co mają na myśli. Każde ich spotkanie denerwuje ją i wyprowadza z równowagi. A by się nie ujawniać musi być opanowana, co wcale nie jest proste w towarzystwie tych idiotów.

- Dlaczego nam nie powiedziałaś – z zamyślenia wyrwał ją głos Alexa.

Spojrzała na niego i stojących koło niego przyjaciół. Zazdrościła im, że ona nie należy do ich paczki i zapewne nigdy należeć nie będzie. Za cztery miesiące wyjedzie i będzie od nowa zaczynać swoje nudne życie. A musiała przyznać, że czuła się tu jak nigdzie indziej dobrze.

- A co by to zmieniło – odpowiedziała obojętnie, patrząc mu w oczy.

- Może, postrzegalibyśmy cię inaczej – po raz pierwszy Wendy widziała tak poważnego Davida. Zawsze uśmiechnięty, teraz jego twarz była bez wyrazu.

- Nie wiemy, czy możemy ci zaufać – powiedziała Margareth. „A jednak ona potrafi być poważa” – pomyślała panna mcGardness.

- Nie ufacie mi bo nie powiedziałam wam, że Kamil jest moim przyszywanym bratem czy dlatego, że on jest moją rodziną?

- Sądziliśmy, że jesteś inna, tymczasem przed chwilą pokazałaś nam jaka jesteś naprawdę – powiedziała Diana.

- Sądzicie, że poznaliście moją prawdziwą naturę? Nie i zapewne jej nie poznacie. Za cztery miesiące wyjadę, zapomnicie i na tym skończy się nasza znajomość.

- Chcieliśmy się z tobą zaprzyjaźnić, ale ty widocznie tego nie chcesz – powiedziała z goryczą rudowłosa – Bez łaski.

W tej chwili zadzwonił dzwonek, ogłaszający koniec lekcji.

- Nawet nie wiecie jak się mylicie – szepnęła pod nosem.

Samotnie wyszła z klasy. Kamil dopiął swego. Znów jest sama, zdana wyłącznie na siebie. Przez chwilę czwórka przyjaciół stała w milczeniu. Nie byli pewni czy dobrze postąpili. To normalne, że nie chciała im powiedzieć, że ma brata tyrana. A jej zachowanie przed pracownią było tylko swego rodzaju samoobroną, przed bandą Toma. Musiała się przed nimi bronić. Gdyby okazała strach wykorzystaliby to. Nie powinni jej tak pochopnie osądzać. Każdy czuł wyrzuty sumienia, jednak nie okazywał tego robiąc dobrą minę do złej gry.

wyhiliiili : :

Archiwum

Kalendarz

pn wt sr cz pt so nd
303112345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930123

Ksiega gości

Księga gości

Kategorie postow

Brak kategorii

blog-3 | szalona-krufka | ave-black | mati13 | lamira | Mailing